Jak przekonać do nauki nawet najbardziej oporne dziecko?

Często spotykam się z sytuacją, że dzieci od nauki uciekają. Chowają się przed nią za talerzem z obiadem, lub w lodówce. W toalecie, łazience, łóżku… A czasem nawet za książkami i zeszytami! Bo niby siedzą, ale tak naprawdę nic nie robią. Myślą… O tym jaki zły los ich spotkał, kiedy to się wreszcie skończy, jakby fajnie teraz było porobić coś innego. A czas płynie…

Jeśli ktoś miał tak w dzieciństwie, będzie tak miał też w życiu dorosłym. Uciekamy przed obowiązkami w pracy, w domu, czy na studiach. Staramy się nie robić tego, co powinniśmy, albo robić tego jak najmniej i odłożyć w czasie jak najdalej. Gdy w końcu przychodzi chwila oprzytomnienia – zbliża się termin końca projektu, dzień egzaminu, ważnego wyjazdu, zaczynamy się złościć na siebie za ten zmarnowany czasu, za stres, który teraz czujemy, za niepewność sytuacji. Mimo tego nie potrafimy nic zmienić i kolejnym razem zachowujemy się zupełnie tak samo. Dlaczego tak jest?

Kryje się za tym kilka przekonań, które nie pozwalają nam zachowywać się inaczej, blokują nasze działanie. A pierwszym i najważniejszym jest „Nie lubię tego! A ja chcę robić tylko to, co lubię!”. Widzisz coś złego w tym zdaniu? Czy jest coś dziwnego w tym, że nie chcę robić czegoś, czego nie lubię? Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy, przecież to oczywiste. A jednak gdy przyjrzymy się swojemu życiu, naszym codziennym zmaganiom z rzeczywistością, znajdzie się tam mnóstwo zadań, których lubić się nie da.

Bo czy ktoś lubi wstawać przed świtem? Jeść na siłę śniadanie, żeby POTEM nie być głodnym? Czy ktoś lubi stać w korku? Oddychać zanieczyszczonym powietrzem? Wracać się do domu, gdy się czegoś zapomni? Rozmawiać z trudnym klientem? Stać w kolejce w sklepie? Nie lubimy tego! A jednak to robimy. Bo trzeba. Bo ostatecznie kiedyś tam przyniesie nam to jakąś korzyść. Myślimy – zdążę do pracy, załatwię ważną sprawę, będę mieć co jeść na kolację. I akceptujemy te trudy, choć czasem się złościmy – wzdychamy, przestępujemy z nogi na nogę, przeklinamy w duchu.

Robimy rzeczy nielubiane wbrew niechęci. Aby poczuć spokój ducha musimy się z tą sytuacją pogodzić. Nie mam wyjścia, nie mam wyboru, chcę odnieść tę korzyść. A próbowałeś kiedyś innej metody? Na przykład przekonać się do stania w kolejce przy pomocy monologu „Ale fajnie jest tu stać i oglądać plecy Pana przede mną. Można poczytać etykiety na produktach! I leci taka miła muzyczka, jest super!” Nie? Nie mówisz sobie tak? Czujesz, że coś jest nie tak? Nie przekonuje Cię to? Mnie też nie.

Wróćmy do dzieci – Twojego dzieciństwa lub Twojego dziecka. Jest uczeń, który nie lubi się uczyć. Jest mama, która wie, że uczyć się trzeba. Uczeń nie uczy się – ucieka i niechęć wobec szkoły wydaje mu się wystarczającym usprawiedliwieniem. I w tym momencie wkracza mama, która wie, że dziecko trzeba zachęcić. I mówi „Zobacz, Zosiu, to jest całkiem fajne i ciekawe! Kiedyś takimi statkami pływali ludzie po morzach i oceanach!” Mina Zosi mówi jedno „Nie, mamo, to wcale nie jest fajne, w ogóle mnie to nie obchodzi.” Mama się martwi, bo wierzy, że musi sprawić, by Zosia polubiła naukę. Zosia wie, że nauki nie polubi. Skutkiem jest zabawa w kotka i myszkę. Stajemy się więźniami przekonania „Nie lubię tego! A ja chcę robić tylko to, co lubię!”. Bez lubienia nie ma uczenia! Czyżby…?

Skoro już wiemy, że robimy mnóstwo nielubianych rzeczy z powodu innego niż lubienie rozumiemy, że lubienie nie jest nam do niczego potrzebne. Liczy się cel. Przestań więc przekonywać dziecko na siłę, że coś jest ciekawe, skoro jego to nie ciekawi. To nie zadziała, a tylko pogłębi problem, bo dla dziecka, które jest przekonane, że musi coś lubić, żeby to robić, sprawa staje się jednoznaczna.

Teraz już wiesz, że przekonując dziecko powinniśmy się odwoływać tylko do celu. Jeśli celem dziecka nie jest zdobycie wiedzy, nie jest radość czytania, nie jest nawet stopień w szkole to co może być tym celem? Zastanów się nad tym dobrze, RAZEM z dzieckiem. Cel musi być na tyle istotny, aby dziecko pogodziło się z koniecznością zrobienia nudnej, nielubianej rzeczy w imię tego celu.

To może być cel długofalowy – np. zdanie do następnej klasy. Wydaje się mało ambitny? Ale przemawia do świadomości niechętnego ucznia, bo jednak zdać do następnej klasy by wypadało. To może być cel związany z przyszłością – kim chcę zostać? Skończenie szkoły na odpowiednim poziomie na pewno mi w tym pomoże. Gdy już mamy cel długofalowy skupmy się na celach codziennych. Niech będzie nim na przykład wieńczący dzień odpoczynek po wypełnionych obowiązkach.

Podsumowując – wyrzuć z głowy przekonanie, że trzeba coś lubić, żeby to zrobić. Nie podsycaj go w dziecku – nie podkreślaj, że robi coś, bo lubi, niech lubienie czegoś nie będzie argumentem podczas przekonywania. Zachęcaj za to do włożenia wysiłku w imię pożądanego celu. Zaakceptuj to, że dziecko czegoś nie lubi i nie miej o to do niego pretensji. Nie lubisz brokułów? Ok, rozumiem. Zjedz je, bo dzięki nim będziesz zdrowy, a nie dlatego, że je lubisz. Nie lubisz matematyki? Ok, rozumiem. Znajduje się ona na liście przedmiotów obowiązkowych i trzeba ją zaliczyć, aby zdać do następnej klasy.

Uwaga! To działa tez na dorosłych! 😉 Jeśli podczas czytania dostrzegłeś, że też kierujesz się w życiu tym przekonaniem spróbuj zastosować tę samą strategię i zobaczysz, że łatwiej będzie Ci się zabrać za nielubiane czynności. Oczywiście wymaga to wysiłku i pracy nad sobą. Trzymam kciuki! 🙂

PS: Jeśli myślisz, że świat stanął na głowie, bo przecież nauka powinna dziecko ciekawić i to ciekawość powinna pchać je do rozwoju – masz rację. Boli mnie to każdego dnia. Niestety szkolna rzeczywistość jest inna, niż byśmy sobie tego życzyli. Szkoła na ogół nie dba o zaciekawienie ucznia wiedzą. Dlatego powinniśmy zrobić wszystko, aby dziecko zaciekawić światem ZANIM pójdzie do szkoły, a potem dbać o to, aby tę ciekawość podsycać MIMO szkoły.


Ciekawe? Podziel się!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *